Jak 75 tysięcy(wciąż rośnie) osób podjęłam wyzwanie przeczytania 52 książek w 2015roku.
Nie wiem jaki był bilans w 2014. Pamiętam, że też postanawiałam
osiągnąć pięćdziesiątkę, ale zabrakło sumienności w liczeniu. Ale w 2014 było
dużo czytania. Zwłaszcza w porównaniu z latami posuchy podczas studiów kiedy
notoryczne stany alkoholowe lub poalkoholowe znacząco obniżyły moje czytelnicze
ambicje.
Więcej jednak niż czytania było kupowania.
Nie jestem pewna kiedy zaczęło się kolekcjonerstwo. Chyba
zbiegło się to gdzieś z przeprowadzką mojej mamy, kiedy przywiozłam do Poznania
moje, zalegające wcześniej w domu rodzinnym, książki. Pół roku przeleżały w piwnicy, ale
żal mi się ich zrobiło, więc przyjęłam je w swoje cztery kąty. I po pierwszej
selekcji i wybraniu tych, które przetrwały próbę czasu, popatrzyłam, co mam.
I zobaczyłam ile nie mam.
Trudno powstrzymać się od kupowania, kiedy już raz odkryje
się szaleństwo okazji na allegro.
Zawsze lubiłam używane książki. Kiedyś to
wiązało się z przeszukiwaniem antykwariatów. Teraz wystarczy poklikać i pokusa
staje się coraz większa.
Żeby było jasne: raczej nie jestem rozrzutna. Lata praktyki
z bardzo ograniczonym budżetem i małymi ambicjami, żeby zarabiać więcej,
uodporniły mnie na sklepowe promocje. Robienie zakupów w supermarkecie zgodnie
z planem zaliczam wręcz do zasobu swoich talentów. Ale wobec książek i allegro
jestem bezradna.

Zaczyna się zwykle od jednej książki, która faktycznie w
danym momencie życia przesłania wszelkie inne pragnienia i potrzeby,
rozbłyskując w mózgu jako totalne „muszę mieć!”. A muszę mieć, bo nie
przeczytałam, ale WIEM, że to będzie absolutnie wspaniałe. Albo przeczytałam z
biblioteki i WIEM, że będę jeszcze kiedyś chciała powtórki.
A na allegro zawsze jest okazja. Na każdą książkę świata.
Ba, nawet jeśli w danej chwili nie ma, to robi się jeszcze lepiej, bo robi się
polowanie – śledzenie powiadomień, lekkie napięcie co rano, że może to dziś
właśnie uda się kupić teraz i wszystko na świecie znowu będzie pięknie i w
porządku.A kiedy wreszcie się uda znaleźć, co trzeba i kliknąć jak najprędzej –
zaczynam przeglądanie. Co tam jeszcze sprzedają za te 5 czy 7 zł? No i przede
wszystkim wpadam w pułapkę wysyłki. Bo wysyłka przecież w 90% przypadków jest
taka sama, niezależnie od ilości zakupów.
No tylko dureń by z
tego nie skorzystał.
Więc skorzystałam z tego tyle razy, że teraz, o świcie roku
2015 czekają na mnie nie 52 ale ok 140 książkowych wyzwań.
Plus dwie paczki, które nie zdążyły jeszcze dotrzeć, a
których zawartości nawet nie jestem w stanie odtworzyć.
Plus 12 książek z biblioteki.
Kilkanaście książek oczekujących ponownej lektury (bo na
ulubione zawsze musi być czas).
Kolekcjonerstwo powoli zaczyna mnie pożerać. Zdecydowanie
nie nadążam i ilość książek nieprzeczytanych wkrótce przekroczy przeczytane na moim regale.
Nie wiem jak to wyciszyć. Wyeliminowałam większość symptomów
zbieractwa, które narastały mi przez lata. Pozbyłam się zalegających po
kartonach i piwnicach gazet z artykułami, do których „na pewno jeszcze kiedyś
zajrzę”, wywaliłam wszystkie płyty cd, skoro muzyki słucham tylko i wyłącznie w
na kompie i telefonie, moje pamiątki z dzieciństwa zostały zredukowane do
jednego pudełka, ciuchy wydaje i wysprzedaje na bieżąco, by szafa się zawsze
domykała , ozdoby i kurzozbieracze mają u mnie krótki żywot. Taki swojski minimalizm.
Co jakiś czas ogarnia mnie przedmiotowa klaustrofobia, kiedy rozglądam się po
swoim pokoju i organizuję wtedy zbiorową kasację. Mało rzeczy daje wolność.
Uniemożliwia przywiązywanie się do tego, co nie jest istotne. Może wciąż daleko
mi do zamknięcia swojego istnienia w 100
rzeczach (swego czasu był taki trend, ciężko mi teraz odtworzyć jego żródło,
ale można sobie poczytać o tym np. tu i tu). Ale bliższa mi praktyczność niż sentymenty. Staram się na
tyle nie przywiązywać do przedmiotów, by ich utrata nie wywoływała większych
żalów czy kryzysów tożsamości. Czasem dramatycznie wyobrażam sobie, co by było
gdyby wybuchł pożar i w jednej chwili zabrał wszystko. I wychodzi mi z tych strachów, że byłoby nawet
do ogarnięcia. Gdyby nie te książki. Bo im więcej ich mam, tym większa ich
wartość. I coraz bardziej sentymentalna.
Już przestało się liczyć: chcę mieć tę książkę, PO COŚ. Powoli
zaczyna być ważne, by po prostu MIEĆ.
Tę zmianę perspektywy uświadomiłam sobie dzięki mojej
kuzynce. Kuzynka wyprowadza się niedługo za granicę, tak na życie. Z tego
powodu wyprzedaje swoją biblioteczkę. I ma to sens, bo po co ma zajmować
miejsce rodzicom swoimi rzeczami, plus jeszcze dodatkowo jest z tego jakiś
pieniądz, który przy takiej okazji każdy potrzebny. A jednak, choć z jej wyjazdem
wiąże się wiele rzeczy trudnych czy wartych przemyślenia – w mojej głowie w
kółko powraca temat tych książek. Urósł do rangi największego problemu w całej tej
sytuacji. Mając w głowie różne swoje wizje przyszłości, w których czasem
rozkwita i myśl o przeprowadzce, wychodzi na to, że te książki mogą być
ostateczną kotwicą. Pozbycie się ich mogłoby okazać się krokiem, który – dla
mnie, w tej chwili – byłby nie do przejścia.
Ale co to tak naprawdę daje to ustawianie książek na
pólkach? Niby nie ma w tym fanatyzmu, nie mam problemów z pożyczaniem. A
przynajmniej nie miałam wcześniej. Ostatnio zaatakowałam niewinnie znajomych w
poszukiwaniu kilku pozycji. Jakby ich brak na półce stał się nagle bardziej widoczny
i istotny niż ich codzienna, zbierająca kurz obecność.
Zastanawiam się, czy to coś jak kolekcjonowanie trofeów. Zbieranie
potwierdzenia osiągnięć, widocznych dowodów własnej inteligencji. Może to po prostu snobizm? Kolejna forma manifestacji
swojej zajebistości. W końcu są różne sposoby kreowania wizerunku. Nigdy nie
starczyło mi wytrwałości na niepowtarzalny styl ubioru, fejsbuk wciąż wydaje mi
się trochę dziwaczny, nie za bardzo też umiem się sprzedać w gadce. Więc może
niech moja półka powie za mnie co trzeba. Niech powie, żem mądra, że
zainteresowania szerokie, że gust wyrafinowany. W końcu jest na tej półce jakiś
porządek, książki niektóre eksponuje na wysokości oka, inne zdarza mi się
ustawiać odwrócone grzbietem, tak by w ogóle nie widać było co to (wszystko
oczywiście nonszalancko, żeby to wyglądało na przypadek, a nie efekt
wielogodzinnych rozkmin i testowania idealnych ustawień). Z podobną uważnością
traktuje książki, które czytam w miejscach publicznych. Niektórych nigdy nie
odważyłabym się wyciągnąć w pociągu czy autobusie. Bo co sobie pomyślą. Oni.
Ktokolwiek. Wszyscy ci wokół, którzy i tak mają to gdzieś.
Więc pewnie trochę wyłazi ze mnie snobka. Ale też jest w tym
chyba zwyczajne lubienie regałów z książkami. Niektórzy ozdabiają swoje
otoczenie zdjęciami, obrazami, dizajnami, odpowiednimi meblami. Ja ustawiam
książki. Gdy w pracy dostałam własny gabinet, książki były pierwszą rzeczą jaką
wypakowałam, by trochę zredukować stres i poczuć się jak u siebie. Od
dzieciństwa widok regałów upakowanych książkami wzbudzał przyjemną ekscytację. W
bibliotekach, księgarniach, antykwariatach - gubiłam czas. W domu też mieliśmy
dużo książek i przyzwyczaiłam się do tego, że zawsze są gdzieś w zasięgu
wzroku. Bez nich na ścianach pustka. Czasem, kiedyś się nad czymś zastanawiam,
zagapiam się bezmyślnie na te swoje książki, i tak jak zerkanie przez okno, na
niebo, drzewo, czy jakiś inny skrawek miejskiej natury - pomaga mi to zebrać
myśli. Jest coś inspirującego, ale i uspokajającego w patrzeniu na książki. I
nie jest to oznaka wariactwa, nie tylko ja tak myślę. W internecie, na różnego
rodzaju tumblrach czy pinterestach masowo pojawiają się zdjęcia zapełnionych
książkami regałów. Nie jestem jedyna, która tego potrzebuje.
Ale daleko moim wybrakowanym półkom do hipsterskich regałów
w sieci. Moje książki raczej nie spełniają kryterium estetycznego i nie nadają
się do pstrykania im fotek. Kupowanie na allegro jest fajne finansowo. Ale
patrząc od strony dizajnu, pojawia się problem niedopasowanych do siebie wydań,
z różnych epok i o różnych poziomie wyniszczenia. I ogólny ból brzydkich
okładek, które stały się normą. Większość polskich wydawnictw nawet nie próbuje
nic z tym zrobić.
Ciężko jednak wytłumaczyć sobie kompulsywne kupowanie
jedynie chęcią stworzenia przytulnego pokoju. Zwłaszcza, że pojemność jedynego
regału, jaki się w nim mieści, dawno już została przekroczona. Kupowanie na
zapas i na przyszłość miałoby więcej sensu, gdyby było mnie na to stać. A
prawda jest taka, że każdorazowe zakupy na allegro robią bolesną i odczuwalna
wyrwę w moich finansach.
Z braku racjonalnych wyjaśnień, trzeba więc przyznać lekkie
szaleństwo. Gdzieś jest w tym zbieractwie obsesja. Ta sama, która sprawia, że
jak usłyszę dobrą piosenkę, muszę od razu poszukać kolejnych, najlepiej całą
dyskografię gdzieś odhaczyć do przesłuchania. Ta sama, która każe mi, gdy
zobaczę fajne zdjęcie, zapisać je od razu na dysku, a potem jeszcze poszukać
autora i przeskrolować przynajmniej znaczną część jego portfolio. Gdy
rozśmieszy mnie internetowy komiks, muszę obejrzeć wszystkie, które są w
archiwum. Gdy spodoba mi się film analizuję cała filmografię
reżysera/aktora/scenarzysty w poszukiwaniu kolejnych dobrych rzeczy. Gdy
spodoba mi się powieść, chcę mieć wszystkie rzeczy, które napisał ten autor. Już.
Teraz. Natychmiast. Zbierać wszystko, co można zmieścić w głowie, żeby w tym
limitowanym czasie do przejścia przez tę planetę na pewno zdążyć i nic nie
przeoczyć.






0 komentarze:
Prześlij komentarz